sobota, 12 stycznia 2019

Kłamie każdy, średnio dziesięć razy na dobę. - Czyli recenzja książki "Anatomia kłamstwa"

Jednym z postanowień noworocznych na 2019, jest przeczytanie co najmniej 50 książek w roku. Zabrałam się za to wyzwanie bardzo szybko, dlatego w dzisiejszej recenzji zaproponuję pozycję "Anatomia kłamstwa" autorstwa Michael Floyd, Philip Houston, Susan Carnicero i Don Tennant. Kłamstwo ma krótkie nogi, to zawsze nam powtarzano gdy byliśmy mali, ale powiedzcie, czy to nie sama prawda? Ile razy wyszło na jaw, że coś 'przekręciliśmy'? Kłamać, kłamie każdy, średnio dziesięć razy na dobę. Kto choć trochę interesuje się tajnym służbami jak FBI, CIA, wykrywaniem przestępczości na świecie, temu rzuciły się nazwiska takie jak w/w autorzy. Kto nie zna, a interesuje się tą tematyką, oj trzeba nadrobić zaległości. Dzięki "Anatomii kłamstwa" okazuje się, że aby wykryć kłamstwo nie potrzebujemy wariografu, bowiem są specjalne metody i techniki, które pozwalają nam odkryć kłamliwe zachowania. Te wszystkie narzędzia są dokładnie opisane w tej pozycji. Dodatkowo podparte są wieloma przykładami "z życia wzięte". Oczywiście nikt nie napisał, że trzeba być specjalistą by wykryć kłamstwo, ale również ostrzegam przed myśleniem, że po tej książce będę chodzącym wykrywaczem kłamstw. To tylko poradnik, który ma na celu pomóc, nauczyć czegoś nowego, co można wprowadzić w życie.

Czytając tę lekturę, mam wrażenie że często informacje powtarzały się. Z jednej strony to denerwujące, że czytamy po raz kolejny to samo, ale z doświadczenia wiem, że wiedza, która powinna zostać w głowie, powinna być przeczytaną więcej niż jeden raz. Także sami możecie zdecydować czy taka forma jest dla was negatywną, bądź pozytywną stroną. Po za tym mankamentem, historie zawarte w książce są bardzo wciągające, całość napisana prostym, przystępnym językiem dla pospolitego 'Polaka szaraka'. Czy wyniosłam z tej lektury cokolwiek? Myślę że tak. Więcej wagi przykładam do uważnego słuchania i dobierania słów, oraz swojego zachowania. Podsumowując, myślę że książka warta jest przeczytania, szczególnie dla rodziców z dziećmi, przyszłych policjantów, śledczych, ale nie tylko! W codziennym życiu, odpowiednio wykorzystane rady, również mogą się przydać. Polecam tę pozycję szczególnie tym, którym nie jest obca literatura z działu porady/wskazówki i trochę mieszaniny naukowej. Również sympatycy psychologii znajdą tu coś dla siebie. Gdybym miała ocenić "Anatomię kłamstwa" dałabym solidne 7/10. Dlaczego? Bo mnie średnio przypada do gustu czytanie kilka razy tych samych informacji, ponadto robiłam cztery podejścia do tej książki, zanim ostatecznie ją przeczytałam. Miejscami była po prostu... nużąca. Niemniej ocena wysoka i pomimo wymienionych dość subiektywnym okiem wad, książkę mogę polecić.

piątek, 2 listopada 2018

„Beelzebub has a devil put aside for me!” - Recenzja filmu Bohemian Rapsody


Oddając swoją artystyczną duszę, zatracając się w świecie kompletnie nie znanym szaremu człowiekowi, Freddie Mercury, postać barwa, oderwana od rzeczywistości, wybitna, a jednak zmagająca się z własnymi demonami...

Zespołu Queen nie trzeba nikomu przedstawiać, a także ich frontmana, wokalisty, o którym już wspominam w pierwszym akapicie, zatem przedstawię wam recenzję filmu, skupiającego się głównie na karierze Freddiego, noszący tytuł najsłynniejszego singla zespołu: „Bohemian Rapsody.”

Zaczynając od czołówki studia 20th Century Fox, gdzie słynne fanfary zastąpiło cudowne brzmienie gitary Briana Maya, przenosi widza w właśnie TEN klimat. Wiele odbiorców narzeka na całość projektu, że nie wiadomo w sumie o czym ten film, czy o zespole, czy o wokaliście... Ja bym ujęła to w ten sposób: Pokazanie powstania najważniejszej piosenki zespołu Queen, oraz skupienie się na ukazaniu sylwetki Freddiego Mercurego, który był tak charakterystyczną postacią, że nie sposób byłoby zepchnąć jego historii na drugi plan, a na pierwszym umieścić historię Queen'u.
Co do odegrania głównego bohatera, bo warto o tym wspomnieć, miałam mieszane uczucia co do doboru aktora, bo jak to, przecież takiej legendy jak Mercury po prostu nie da się odegrać i w ogóle jak można się brać za produkcję filmu skupiającej się na takiej postaci! Moje zdanie było – To się nie uda! A tu miła niespodzianka. Rami Malek – aktor grający Freddiego, wcielił się w postać fenomenalnie. Nie potrafię nawet dokładnie opisać tego, co ten facet zrobił. Osoby pamiętające lata 80 możecie mnie poprawić, jeśli się mylę, ale oglądając wiele nagrań z koncertów, słuchając opowieści o wokaliście Queen, to właśnie taką kreację, jaką zaproponował nam Rami wyobrażałam sobie w przypadku samego Freddiego. Chciałam również ukłonić się w stronę pozostałych aktorów, ponieważ członkowie zespołu, w szczególności postać Briana Maya wyglądała niemalże identycznie!




Czy zastanawialiście się jakie okropne życie mają światowi artyści? Taka refleksja naszła mnie, patrząc na historię wokalisty Queen. Kochany przez wielu ludzi, zdradzony przez tych, którym zaufał, szukający miłości, samotny, zagubiony... „Sprzedał duszę diabłu” - jak sam śpiewał, by później ją odkupić. Ten człowiek był i jest do dzisiaj legendą, o czym świadczy ten film, oraz nadawane rozgłośniach radiowych piosenki zespołu. W produkcji można zobaczyć, jaką ciężką drogę musiał przejść artysta, by osiągnąć swoje wewnętrzne Katharsis, ale czy tak naprawdę było? Wiele książek opisujących życie wokalisty pisze o nieco innym jego życiu...

Z pewnością można przyczepić się do wielu mankamentów w tym filmie, jak lekko zaburzona chronologia, oraz pozmieniane fakty typu poznanie się Freddiego z Brianem i Rogerem, czy też pominięcie wielkich sukcesów w Japonii, Argentynie... ale nikt nie może powiedzieć niczego negatywnego o ścieżce dźwiękowej, która w tym wypadku bardzo się broni. Zostały wybrane kultowe, największe hity zespołu. Nawet cieszę się, że w scenach został puszczony oryginał głosu Freddiego, bo tego już Rami Malek nie jest w stanie podrobić. Piosenki skłaniają do pozostania na sali do końca napisów, a słuchać ich w sali kinowej z takim nagłośnieniem to miód na serce.

Niesamowitym przeżyciem były dla mnie końcowe sceny z koncertu 13.07.1985 w Wembley, gdzie z moją wrażliwością nie trudno było o uronienie łez. W pewnym momencie miałam odczucia, jakbym cofnęła się w czasie i była tam. To było niezwykłe doznanie, które zostanie na długo w mojej pamięci...



Pomimo młodego wieku oraz tego, że nie dane mi było żyć w czasach najbardziej rozkwitającej legendy rocka, jestem emocjonalnie związana z tym zespołem, a przede wszystkim z sylwetką Freddiego Mercurego, a ten film pomógł mi jeszcze bardziej mentalnie przeżyć jego historię, a dzięki tak dobrej grze aktorskiej, oraz wielkiemu zaangażowaniu całej obsady produkcyjnej ten film stworzył coś, na co właśnie czekałam, coś co człowiek może dogłębnie przeżyć. W „Bohemian Rapsody” nie zabranie scen z humorem, kadrów powodujących ciarki na ciele, czy łzy wzruszenia, a jeśli spodziewaliście się słodkiej historyjki o super sławie zespołu to też tego nie znajdziecie. Tutaj zobaczycie jaką ciężką pracę, wysiłek włożyli członkowie zespołu w swój sukces, jak „od kuchni” wyglądała praca z wytwórniami muzycznymi, oraz momenty, w których wcale nie było kolorowo.



Chciałabym jednak podejść obiektywnie do tej recenzji i wyszczególnić negatywne strony filmu. Jedynymi minusami, które chciałabym uporządkować jest:
- Zaburzona chronologia wydarzeń;
- Bardzo mocno karykaturalna szczęka wokalisty, czasem zbyt mocno uwydatniona w filmie;
- Wiele nieścisłości pojawiających się w filmie, takie jak: pominięcie
ważnych postaci jak Barbara Valentin, świta królewska w domu Freddiego, a także fakt, iż Mercury nie mieszkał sam z kotami itp.;
- Pobieżne potraktowanie jego związku z Jimem;
- Zbyt mocne osadzenie postaci Mary w filmie, która jest niczym dobry duszek, a jednak w
w życiu bywa różnie, a kontakty Mary z zespołem nie do końca są dobre.
Słowem podsumowania, „Bohemian Rapsody” sprostał moim oczekiwaniom, jako osoby chcącej wrócić do tamtych czasów. Wyszłam z kina pod ogromnym wrażeniem artystycznym, ale i emocjonalnym, a chyba najbardziej chodzi o to, by grać na emocjach odbiorców, prawda? Jednakże patrząc przez pryzmat faktów i pominięcia kilku istotnych elementów, choć zdaję sobie sprawę, że ujęcie całego bagażu doświadczeń zespołu nie mogło by się zmieścić w 135 minutowym filmie, oceniam film 8/10. W mojej opinii był to naprawdę dobry film, pod kątem artystycznym i chyba najlepiej właśnie w takim pryzmacie warto go zobaczyć, pamiętając że.. Królowa może być tylko jedna!


piątek, 9 lutego 2018

Analiza i interpretacja wyników eksperymentu "Dzień dobry wszystkim!"

Wstęp:
Na zajęciach z antropologii kulturowej, został poruszony temat różnic kulturowych. Studentki porównywały m.in. zwyczaje witania się obywateli polskich, ze zwyczajami obywateli innych krajów. W trakcie prezentacji, którą przedstawiały dziewczyny, wiązała się dyskusja, koncentrująca się wokół tego zagadnienia. Opisywane zostały sytuacje, które zdarzają się często poza granicami naszego państwa, a są rzadkością w naszym kraju, m.in. życzliwe witanie się obcych sobie ludzi. Podczas dyskusji można było usłyszeć kilka argumentów,że w większej aglomeracji miejskiej, taka forma życzliwości jest bardzo trudna, ze względu na większą ilość mieszkańców, i przechodniów, którzy nas mijają na ulicy, natomiast w mniejszych miejscowościach jest to bardziej przyjęte przez społeczeństwo zachowanie, zważywszy nie tylko na mniejszą ilość ludności, ale także na znajomość mieszkańców choćby „z widzenia”. Studentki wywnioskowały, iż takie witanie się z nieznajomą osobą nie jest normą w Polsce.

Nie ma kraju idealnego. Nieważne czy człowiek przenosi się do Dubaju, Mumbai czy Singapuru - zawsze coś nie będzie nam odpowiadać w nowym miejscu. I nie wszyscy będą narzekać na to samo.” Aby zorientować się bardziej w temacie, wyszukałyśmy kilka artykułów na temat życia poza granicami naszego państwa, zachowań ludności i kultury. „Dlatego po przyjeździe na miejsce nie warto szukać potwierdzenia swoich uprzedzeń, ale próbować konfrontować je z rzeczywistością. I zrozumieć, że wiele aspektów kultury jest względnych. Japończyka może irytować, że w Niemczech jest tak brudno, podczas gdy Egipcjanin uzna Niemcy za ideał czystości i porządku. Paryżanie wydadzą się Amerykaninowi niezwykle nieuprzejmi i wulgarni, ale Chińczycy mogą uważać mieszkańców stolicy Francji za najuprzejmiejszych ludzi pod słońcem. W tego typu kwestiach nie ma obiektywizmu, porównujemy rzeczy do tych, które znamy, więc nie zawsze warto słuchać innych. I nie warto generalizować - ja w Paryżu spotkałam zarówno bardzo niemiłe jak i bardzo miłe osoby (choć nie ukrywam, że jest to jeden z najmniej przyjaznych krajów, w jakim byłam).” (chichiro.blox.pl 2009)

Miłe, uprzejme, a niestety dla niektórych wręcz niezauważalne, bo codzienne. Trochę osłuchane, ale czy niedzisiejsze? Good morning, bonjour czy こんにちは (konnichi wa). W naszym języku brzmi „dzień dobry” to jedne z pierwszych słów, których uczymy się poznając obcy język. Okazuje się jednak, że zwykłe pozdrowienie staje się w obcym kraju pewnym luksusem, a może nawet oznaką czegoś więcej niż normalności. Ostatnio wyjątkowo często można zaobserwować, że coraz więcej ludzi nie mówi nikomu "dzień dobry". Nie oznacza to, że zapominają czy też nie zauważają swoich sąsiadów, sprzedawców w sklepie lub ludzi w windzie. Coraz większej ilości osób po prostu nie zależy na wzajemnych uprzejmościach, a zwykłe "dzień dobry" oznacza dla nich zbyt duży wysiłek.              
Eksperyment „Dzień dobry wszystkim!”

Chcąc sprawdzić, czy na pewno mówienie zwykłego „dzień dobry”, bądź „cześć” do pierwszy raz spotykanych obywateli na ulicy jest dziwnym zachowaniem postanowiłyśmy przeprowadzić eksperyment, który nazwałyśmy „Dzień dobry wszystkim!”. Celem badań było sprawdzenie reakcji osób, w różnym przedziale wiekowym, na kierowane do nich słowo dzień dobry. Przedmiotem badań są wobec tego reakcja osób, na nasze witanie się.
Postawiłyśmy sobie trzy kluczowe hipotezy, które brzmią następująco:
  • Przypuszczamy że, osoby starsze w wieku 50-70+ lat nie będą zaskoczone taką formą powitania, odpowiedzą z życzliwością;
  • Domniemywamy iż, młodzież szkolna oraz studenci będą reagowali uśmiechem i pozytywnym zaskoczeniem, również odpowiadając na przywitanie;
  • Myślimy że, osoby w przedziale wiekowym 30-50 lat będą zaskoczone, często zniechęcone, bądź zdezorientowane próbą przywitania się.
Wybrałyśmy metodę badawczą jako eksperyment, a technikę jako obserwację, ponieważ w takich okolicznościach jest ona najbardziej wiarygodna. Według T. Kotarbińskiego, "Eksperyment. . to tyle, co zabieg polegający na wywołaniu czegoś w takich właśnie, a nie innych warunkach po to, by można było zaobserwować, czy w tych warunkach towarzyszy temu czemuś coś takiego a takiego"  (Kotarbiński 1961, s. 352)
Naszą grupą badawczą byli ludzie przypadkowo spotykani na ulicy, w różnym przedziale wiekowym, od dzieci i młodzieży, po osoby starsze, emerytów. Sądzimy, iż można liczyć ich w setkach, jednak, nie możemy podać konkretnej liczby, zważywszy na charakter wykonywanego eksperymentu.

Przebieg obserwacji:
Nasz eksperyment rozpoczął się we wtorek w godzinach popołudniowych a zakończył w czwartek, również w godzinach popołudniowych/ wieczornych. W tym czasie obserwacje były prowadzone w trzech miejscowościach. Częstochowie, gdzie powierzchnia i ludność w przekroju terytorialnym w 2016 roku wynosiła:
  • Powierzchnia w km2: 160
  • Ludność w tysiącach: 228 179 tys.
  • Na 1km2 :1429

Drugą z miejscowości było Zawiercie, gdzie na 2016 rok liczba mieszkańców wynosiła:
  • Ludność w tysiącach: 50 809 tys.
Natomiast trzecią była wieś Grabowa położona w gminie Łazy, powiecie Zawierciańskim, gdzie liczba mieszkańców to zaledwie:
  • Ludność w setkach: 742

W ciągu tych trzech dni podróżując ulicami Częstochowy, Zawiercia i Grabowej naszym zadaniem było mówienie „dzień dobry” mijającym nas osobom, oraz „cześć” kierując się do młodzieży bądź grona studentów. Starałyśmy się nie pominąć żadnej osoby, choć przechodząc przez mocno zaludnione ulice, bądź przez pasy na drugą stronę ulicy, było to mocno problematyczne. Obserwowałyśmy uważnie reakcje osób, do których kierowałyśmy to życzliwe przywitanie. Podczas wypowiadania słów próbowałyśmy nawiązać kontakt wzrokowy, oraz uśmiechać się życzliwie, by nasze przywitanie wyglądało, jak najbardziej naturalnie i miło. Po trzech dniach możemy wywnioskować iż:
  • Osoby starsze zamieszkujące tereny Częstochowy i Zawiercia w przedziale wiekowym 50-70 + lat często uśmiechały się, odpowiadały „dzień dobry”, zdarzyło się, jednak bardzo rzadko odwrócenie głowy w drugą stronę i udawanie, że osoba nas nie słyszy;
  • Młodzież szkolna i studenci przebywający na terenie wyżej wymienionych dwóch miast była zaskoczona, jednak nie zdarzyło się, by ktoś nam nie odpowiedział. Spotkałyśmy się z bardzo miłym odzewem, częstymi uśmiechami, i otwartą gestykulacją ( pomachaniem ręką, przybiciem „piątki”);
  • Zdecydowanie wyzwaniem i utrudnieniem stanowiła grupa wiekowa około od 30-50 lat, których mijałyśmy w Częstochowie i w Zawierciu. Tutaj reakcje były bardzo różne, zaczynając od odpowiedzi, uśmiechów, spotykając się również z ignorancją, często mimika twarzy tych osób zdradzała zaskoczenie poprzez uniesienie brwi, przypuszczałyśmy, że ktoś taki mógł pomyśleć, dlaczego witamy się z nim nie znając go;

    Całkowicie inne reakcje bywały w Grabowej – wsi. W porównaniu do młodzieży z miasta, nastolatkowie w mniejszej aglomeracji albo odpowiadali z doza niepewności w głosie, albo ignorowali nasze „cześć”. Natomiast osoby od 30 roku życia aż do 70 + byli bardzo przyjaźnie nastawieni, nie tylko odpowiadając, ale również zaczynając rozmowę i zaczepiając na ulicy, chociażby na chwilę.

Reporterzy Ewa Wanat i Michał Wąsowski: Dzień dobry!
Aby dopełnić nasze obserwacje szukałyśmy w internecie podobnych eksperymentów, by móc rzetelnie porównać nasze spostrzeżenia z inną pracą badawczą. Na łamach serwisu internetowego natemat.pl reporterzy Ewa Wanat i Michał Wąsowski w 2013 roku spytali przechodniów o zdanie na ten temat, a także próbowali również mówić „dzień dobry” do nieznajomych osób.
Redakcyjny kolega Michał Wąsowski zapytał ostatnio kilka przypadkowych osób, dlaczego zrezygnowali z najprostszego odruchu, który – wydawałoby się – powinniśmy mieć po dostrzeżeniu znajomej buzi. Większość z osób, które nie mówią "dzień dobry" nie potrafiło tego w żaden sposób uzasadnić. Ot tak po prostu brakuje im czasem języka. Jedną z zaczepionych przez naszego dziennikarza osób był jego sąsiad, dwudziestoletni student. – Nie znamy się, widzę cię raz na ruski miesiąc, nigdy się nie poznamy, to po co mam mówić dzień dobry. Bo tak wypada? To głupie – stwierdził chłopak aspirujący do miana "wykształciucha". Nasz reporter zapytał napotkanego chłopaka, czy powiedzenie "dzień dobry" jest dla niego jakimś problemem, czy ponosi jakieś wyjątkowe "koszty". Ten zaś odparł: – Muszę otworzyć gębę i nią coś powiedzieć, a wcale mi się nie chce. Nie widzę powodu, aby to zmieniać – odparł. To na szczęście nie była typowa postawa studenta. A przynajmniej tak twierdzi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, która wykłada na Uniwersytecie Warszawskim przedmiot Retoryka i Erystyka. –Moi studenci zazwyczaj się ze mną witają. Mówienie "dzień dobry" jest też uzależnione od tego, z kim się witasz i gdzie to robisz. A jeśli ktoś tego nie robi, to znaczy, że jest niezbyt starannie wychowany. Jak napisał w "Panu Tadeuszu" Adam Mickiewicz: "Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna" –mówi Dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz.” (natemat.pl, 2013)
Wracając do testu na przypadkowo spotkanych osobach. Niewiele lepiej było w przypadku trzydziestoletniej kobiety, która była – co najmniej – zdziwiona bezcelowym "dzień dobry", które właśnie usłyszała. Kolejną osobą, która nie odpowiedziała na zwykłe powitanie był nastoletni chłopak. W tym wypadku okazało się, że szkoła tak mocno eksploatuje młodych ludzi, że po wyjściu z niej nie mają już siły na nic. – Chłopak powiedział, że nie jestem nauczycielem i że on ma dość przymusu wiecznego "dzień dobry" jak chodzi do szkoły. I jak z niej wychodzi to już nie chce nikomu mówić dzień dobry – wspomina Michał Wąsowski. 
Nasz reporter, który zrobił ten krótki test stwierdził, że ludzie, którym mówił "dzień dobry" patrzyli na niego jak na idiotę, a wręcz niekiedy odwracali głowę udając, że go nie widzą. Parę osób powiedziało mu także, że są zbyt zmęczeni, aby odpowiadać na takie powitania... – Jeden chłopak przyznał, że zawsze udaje, że nie słyszy, bo ma słuchawki w uszach i czuje się w ten sposób rozgrzeszony ze społecznego obowiązku bycia kulturalnym – słyszymy. O zwykłym kiwnięciu głową nie pomyślał. 
Dziennikarka radiowa Ewa Wanat nie zauważa podobnego problemu z powitaniami w swoim otoczeniu. Redaktor naczelna Polskiego Radia RDC twierdzi, że obserwacje naszego reportera nie są do końca trafione. – Wydaje mi się, że ludzie właśnie coraz częściej mówią sobie "dzień dobry" Przy wejściu do sklepu lub urzędu wypowiada się je wręcz nawykowo. Ja witam się ze swoimi sąsiadami, również z tymi, których znam tylko z widzenia – mówi dziennikarka.
Naczelna twierdzi, że "dzień dobry" w miejscach publicznych funkcjonuje stosunkowo niedługo. – Kiedyś nie istniał taki zwyczaj, a dziś jest tak, jak na Zachodzie – mówi. Zapytałem dziennikarkę o to, czy wyobraża sobie świat, w którym ludzie nie witaliby się wzajemnie. – Tak, bo żyłam w takim świecie. W PRL nie było takiego zwyczaju. Przychodziło się do sklepu, w którym sprzedawczynie były nieuprzejme. To było jak zetknięcie z kimś, kto siedzi na tronie. Jakby miał władzę nad klientami i w pewnym sensie tak było. Rzeźnik miał władzę absolutną i też nie mówił "dzień dobry" – wspomina Ewa Wanat.” (natemat.pl, 2013)
Analizując powyższe wyniki, można zgodzić się, iż mówienie sobie „dzień dobry” w sklepach, miejscach publicznych jest (pokusiłybyśmy się o stwierdzenie) – automatyczne, ale mówienie owego przywitania napotkanym ludziom na ulicy wciąż wzbudza zdziwienie, wśród młodzieży można zauważyć lekki bunt z powodu „przymusowego dzień dobry” w szkole.
Porównując wysunięte wnioski reporterów, można dostrzec pewne podobieństwa, jak zdziwienie u osób. Niestety nie możemy się zgodzić co do opinii względem młodzieży. Patrząc na rok wykonywanych badań, (2013) można wysunąć wnioski, że w ciągu tego czasu młodzież szkolna rozwija się kulturowo i zmienia nastawienie do pewnych zjawisk m.in. witania się.

Słowem podsumowania:
Czy można funkcjonować w społeczeństwie bez mówienia ludziom tych zaledwie dwóch słów „dzień dobry?” Oczywiście, że tak. Jednakże jak to się ma do tego co dzieje się poza granicami naszego państwa? Czemu tak wiele Polaków wyjeżdżając do innego kraju zachwyca się taką forma życzliwości spotykaną na ulicy, a nie propaguje tego w swojej ojczyźnie? Tak proste dwa słowa to nie tylko „odbębnienie” pewnej uprzejmości wobec innych. Powinniśmy każdego dnia zauważać jacy ludzie nas otaczają. Oczywistym faktem jest, że człowiek nie wszystkich zawsze lubi, ale powiedzenie „dzień dobry” pokazuje szacunek i kulturę, jaką posiadamy.
Takie przywitanie nie oznacza tylko dostrzeganie drugiej osoby, ale fakt, że się go szanuje i jest się częścią społeczeństwa. Zdecydowanie ułatwia nam to kontakty międzyludzkie, oraz zdecydowanie poprawia nastrój.
Można by tutaj jeszcze poruszyć kwestie dobrego wychowania, i zasad savoir vivre, kto powinien się odezwać pierwszy, jednak wydaje nam się, że idąc ulicą nie jest to wtedy aż tak bardzo istotne, jednak, przytoczymy tutaj definicję Edwarda Pietkiewicza polski dyplomata, pisarz i niegdyś nauczyciel w szkółkach wiejskich. „Jedni utrzymują, że pierwszy kłania się ten, kto jest lepiej wychowany, inni – że wymiana ukłonów odbywa się jednocześnie, a jeszcze inni formułują pewne reguły. A więc mężczyzna kłania się kobiecie, młodszy – starszemu, pracownik – przełożonemu, idący stojącemu, wchodzący – obecnym, jadący samochodem – idącym pieszo, pojedyncza osoba – grupie, idący schodami w górę – schodzącemu w dół, idący szybciej – idącemu wolniej”. (Pietkiewicz 1997, s. 78-79) My jednak biorąc udział w naszym eksperymencie nie zważałyśmy na sztywne zasady, a na podzielenie się choć trochę uprzejmością, którą chcemy darzyć jak najwięcej osób.
Patrząc na nasze założone hipotezy, możemy śmiało powiedzieć, iż hipotezy, któe zakładałyśmy, pokrywają się z wynikami naszych badań. To, co zakładałyśmy stało się realnymi wynikami naszych obserwacji.
Ostatnio na socjologii edukacji wykładowca opowiadał o tym, że czasem trzeba zmienić pewne zachowania, by nazwijmy to „zwyczaj” ten mógł się zmodyfikować. Gdyby tak właśnie ludzie zaczęli częściej do siebie mówić „dzień dobry”? Oby dwie stwierdziłyśmy, że nie szokowałoby to tak osób, i nie dziwiło, tak jak to miało miejsce przy naszym eksperymencie, a było to właściwie na porządku dziennym, tak, jak ma się to w innych państwach na świecie.
Przeprowadzenie tego eksperymentu było dla nas bardzo ciekawym, nowym doświadczeniem. Zaczęłyśmy zwracać większą uwagę na ludzi, którzy nas otaczają, a także skłoniło nas to do refleksji na temat życzliwości i uprzejmości wobec ludzi, za którymi się nie przepada. Takim osobom, powinniśmy również okazywać szacunek, ponieważ każdy ciężko na niego pracuje. Sądzimy bowiem, że po tym eksperymencie będziemy dalej propagować częstsze mówienie sobie tych prostych dwóch słów... Dzień dobry!

Eksperyment został przeprowadzony spontanicznie przez dwie studentki studiów magisterskich, z kierunku pedagogika, z uczelni Akademii Jana Długosza w Częstochowie: Wiolettę Ojrzyńską i Annę Wojnowską. Dziękujemy Pani Dr. Adamskiej-Staroń za pomoc w edycji tekstu, oraz dobrą radę!

Bibliografia:
  1. E. Pietkiewicz, Savoir vivre dla każdego, Warszawa 1997, s. 78-79;
  2. Biuro Doradcze Altima S.C, Lokalny Program Rewitalizacji dla Gminy Łazy na lata 2017-2020+, Łazy 2017, str. 18;
    Strony internetowe:
  3. T. Kotarbiński, Elementy teorii poznania logiki formalnej i metodologii nauk, Wrocław-W-wa-Kraków 1961, s. 352
  4. Dzień dobry -Czy witając sąsiadów robimy z siebie idiotów? ,http://natemat.pl/63615,dzien-dobry-czy-witajac-sasiadow-robimy-z-siebie-idiotow[Dostęp: 25.01.2018] ;
  5. [Dostęp: 25.01.2018] ;
  6. Zawiercie w liczbach, https://infozawiercie.wordpress.com/2016/04/14/zawiercie-w-liczbach/,[Dostęp: 25.01.2018];
  7. Jak zamieszkać w obcym kraju i nie zwariować, http://chihiro.blox.pl/2009/12/Jak-zamieszkac-w-obcym-kraju-i-nie-zwariowac.html[Dostęp: 25.01.2018]



1

piątek, 2 lutego 2018

Jak wysoki jest "Podatek od miłości" ?

W dzisiejszych czasach udział Urzędu Skarbowego w naszym życiu to ogromna sprawa. Urzędnicy rozliczają nas z wielu naszych spraw, a my oczywiście musimy płacić podatki. Jak wysoki jest więc „Podatek od miłości”? - Zapraszam na recenzję filmu.

Tak bardzo reklamowany na jednej ze stacji telewizyjnych film, nie mógł obejść się mojej uwadze. Jednak, że jest to polska produkcja, nie wiązałam z nią wielkich oczekiwań bowiem wiemy, że polskie filmy nie są sztuką wysokich lotów, ale... zacznijmy od początku.

„Podatek od miłości” obfituje w śmietankę polskich aktorów, m.in.: Grzegorz Damięcki, Aleksandra Domańska, Roma Gąsiorowska, Magdalena Różdżka, Weronika Rosati, Magdalena Popławska, Zbigniew Zamachowski, oraz w aktorów serialowych takich jak: Ewa Gawryluk, czy Grażyna Wolszczak. Dobór odpowiedniej obsady, to już prawie połowa sukcesu, i w tym wypadku jestem mile zaskoczona, że po raz któryś z kolei, nie muszę w komedii romantycznej oglądać (z całym szacunkiem dla fanów) Tomasza Karolaka. Ostatnio ciągle go pełno na ekranach kin, chciałam od niego odpocząć.

Zdjęcie pobrane z :film.interia.pl


Fabuła filmu jest dosyć prosta, jak przystało na tego typu produkcję. Główny bohater- Marian, ma problem z Urzędem Skarbowym, więc idzie do baru. Spotyka tam Klarę, która również boryka się ze swoimi problemami. Jednak nie.. nie zakochują się od razu w sobie. Obrażają wzajemnie i tak oto żegnają w niemiłej atmosferze. Jak się okazuje.. Klara jest urzędnikiem skarbowym i w akcie zemsty, próbuje Mariana dobić prawnie ze strony US. Dalej historia się rozwija...

W trakcie rozwinięcia wątku pojawiają się humorystyczne „smaczki”, które idealnie wpasowały się w mój i jak domniemam nie tylko mój, poziom poczucie humoru. Na sali widzowie często śmiali się głośno, co świadczy o idealnym doborze żartów, nieco sarkastycznym, trafiającym często w punkt, i życiowym. W końcu to komedia romantyczna, więc takich elementów powinno być sporo.
Jednakże podczas oglądania filmu był taki moment, kiedy zdawało mi się, że wszystko się ciągnie zbyt długo, film zaczął być nieco nudny i męczący i czekałam na scenę kulminacyjną.

Wspomniani przeze mnie wcześniej aktorzy odegrali swoje role na wysokim poziomie. Gra aktorska nie budziła we mnie odrazy, nie była sztuczna. Film oglądało się bardzo przyjemnie, a odegrana przez Aleksandrę Domańską- Klara, była naprawdę mistrzostwem i mocną stroną tej produkcji.

Zdjęcie pobrane z : film.interia.pl


Co więc było nie tak? Poza przedłużającą się, (miałam czasem wrażenie), na siłę fabułą, zorientowałyśmy się z przyjaciółką, że w jednym momencie ścieżka dźwiękowa została zapożyczona z filmu „ Tylko mnie kochaj” i lekko zmodyfikowana. Czyżby nie starczyło pieniążków na dobrego realizatora od strony muzycznej? Trochę mnie to zażenowało.

Słowem podsumowania. Film oczywiście kończy się „happy endem”, i jak dla mnie to też był happy end, że wyszłam z kina przy napisach, a nie w trakcie filmu. Tak jak tez pisałam na początku, mocno sceptycznie podchodzę do polskich produkcji, ale zostałam mile zaskoczona. Myślę, że na wieczór z kumpelą, bądź drugą połówką, film nadaje się do obejrzenia, a pieniążki za bilet w kinie nie były stracone. Moja ogólna ocena 6/10.

Zdjęcie pobrano z : film.interia.pl







sobota, 16 grudnia 2017

„Nie jestem ostatnim Jedi” - Czyli recenzja filmu „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi”

Idąc na ten film, postanowiłam nie czytać wystawionych już recenzji, jednakże portal społecznościowy facebook nie zagwarantował mi tego w 100%. Poszłam więc z przekonaniem, że każdy ma swoje gusta. Czego oczekiwałam? a co dostałam? Tego przekonacie się dalej...Jakoś nigdy nie mogłam się przekonać do Star Warsów, dopiero niedawno siadłam i obejrzałam dotychczas puszczone w obieg filmy, i .. chyba zostałam kolejnym fanem tejże sagi. Postanowiłam więc nie odpuścić też premiery najnowszego filmu „Ostatni Jedi”. Nie będzie to łatwa recenzja, dlaczego?

Dawno temu, w odległej galaktyce...

Rozpoczynamy kolejną przygodę pod hasłem „Ostatni jedi”. Nowy reżyser – dobra zamiana? Śmiało mogę powiedzieć, że jest znacznie lepiej, ale czy wszystko udało się bez zająknięcia? Nie do końca. Brakowało wcześniej walki na miecze w Łotrze, to jest to, co często słyszałam od znajomych, czy czytałam w innych recenzjach. Potrzebowaliśmy więcej mięsa, czy to dostaliśmy? I tak i nie.

Niech moc będzie z Tobą!

Garstka rebeliantów, w których tli się nadzieja na lepsze jutro, „walczy”, a w sumie bardziej pasuje określenie – ucieka, przed ciemną stroną mocy. Wszyscy oczekują cudu w postaci starego poczciwego Luke'a Skywalkera, który zaszył się na wyspie, i ani myśli z niej wylatywać na walkę. Co się jednak dzieje ciekawego? Oprócz tego, że spotykamy starych bohaterów, jak księżniczkę Leię, Yodę czy Luke'a, witamy też nowych. Coś się kończy a coś zaczyna. Dokładnie przez większość filmu powtarza nam to Kylo (a może Ben Solo?). No właśnie. Tego dowiecie się idąc do kina. Jak potężna może być walka samego ze sobą i ze swoimi przekonaniami.



Napisałam że spotykamy starych i witamy nowych bohaterów w sadze, ale również też żegnamy. Wreszcie dochodzi do czegoś, co powinno już w poprzedniej części się zdarzyć. Zaskoczenie. To bardzo istotny element w filmach. Człowiek lubi, jak coś jest niestandardowe wręcz i co nas zaskakuje. Dobry krok w przód. Fajnie jest też usłyszeć nieco humoru, choć wiele osób narzeka że był on na bardzo niskim poziomie, nie ukrywam, że kilka razy uśmiechnęłam się do ekranu. Jak dla mnie nie było przesadzone, ani nie było tego za mało.



Wreszcie pojawia się też walka na miecze, i szczerze jak wiele osób narzeka na słabe żarty, tak ja narzekam na bardzo słabą walkę. Dziewczyna, która jak dla mnie nieumiejętnie macha mieczem, nie robi wrażenia. Brakowało tutaj tego „wow”. Same efekty specjalne były jednak jak najbardziej na plus, oraz sceny ukazania kosmosu, czy planety przelewającej się Kasynem i bogactwem. Dodatkowo ścieżka dźwiękowa, dzięki której nie zapominałam, że oglądam Gwiezdne Wojny momentami sprawiała u mnie ciarki na plecach.

Hej to jeszcze nie koniec!


Słowem podsumowania, było wiele plusów, zdecydowanie wychodząc z kina byłam bardzo zadowolona, i z pewnością obejrzę film jeszcze raz, by wyhaczyć sobie kilka „smaczków”. Liczę na kolejną część, która na pewno się pojawi co przedstawia nam zakończenie. Czy będzie warto? Tego się przekonamy. Ogólna ocena to 7/10


piątek, 28 lipca 2017

Po drugiej stronie muru- grypserzy i ich tatuaże #3

 Zacznijmy więc kolejną część cyklu grypserskiego.. Dzisiaj poopowiadam wam, na podstawie literatury naukowej, o tatuażach więziennych, ale skupimy się na tych bardziej „git”. Jako, że była to część opisywana w mojej pracy licencjackiej, to przeredaguję nieco podrozdział dotyczący tatuażu więziennego, oraz dodam nieco więcej ciekawostek. Mam nadzieję, że trwałe rysunki na ciele u osadzonych was zaciekawią.

Tatuaż więzienny, jak sama nazwa wskazuje, jest wykonywany w warunkach zamkniętych, na terenie zakładów penitencjarnych i dotyczy on osób odbywających karę pozbawienia wolności w tego typu placówkach.
W odróżnieniu od tatuażu artystycznego, który w głównej mierze pełni funkcję estetyczną, tatuaż więzienny w większości wzorów posiada jakieś znaczenie, które jest przestrzegane przez członków podkultury więziennej. Tatuaże przestępcze (które również są składową tatuażu więziennego) mogą być wykonywane przez osoby, które były niekarane, ale również recydywistów. Wzory i motywy więzienne są specyficzne, znacznie różniące się od tych artystycznych, niektóre z nich zawierają wulgarne treści aby dobitniej przekazać wiadomość odbiorcom, jaka jest ukazana w tatuażu. Pewne wzory tatuażów więziennych, pomimo upływu lat znaczą dalej to samo, oraz miejsce wykonania tatuażu (na ciele) również jest takie samo jak kiedyś. Według M. Snopka tatuaże więzienne można podzielić na:
  • Podkulturowe – należące do nieformalnych grup więziennych;
  • Przestępcze – pojawiające się w środowisku przestępczym;
  • Określające - takie, które mają znaczenie stanów emocjonalnych, cech charakteru, lub kryminalną historię życia.
Pierwsza kategoria tatuaży przeznaczona jest dla nieformalnych grup więziennych, które tworzą się wśród osób osadzonych na terenie zakładów penitencjarnych. Najbardziej popularne grupy to grypserzy ( git-ludzie), niegrypsujący (frajerzy) oraz poszkodowani (cwele), stoją oni w opozycji do oficjalnych przepisów i praw w zakładzie karnym, co niesie za sobą negatywne wpływy na procesy administrowania resocjalizacją.1 Tatuaże świadczą o tym, kto jest kim w tej grupie. Jest czymś w rodzaju identyfikatora. Cynkówka – jest to jedna z najbardziej popularnych „dziar” w placówkach penitencjarnych. Wzorem jest kropka wytatuowana obok lewego oka, i oznacza ona osobę, która należy do grupy grypsujących. Jeśli nie należy się do grupy grypsujących, nie powinno się nosić takiego tatuażu, a żeby wstąpić do tej grupy, trzeba sobie na to zasłużyć. Poniżej przedstawiam zdjęcie przykładowej cynkówki.
Cynkówka
Kolejnymi tatuażami, które często pojawiają się w podkulturze więziennej są dystynkcje wojskowe, które najczęściej zdarzają się na barkach, ale mogą znajdować się na innych częściach ciała. W zależności od wysokości stopnia – taka kara pozbawienia wolności, tego typu tatuaże dodają prestiżu osobie posiadającej go. Belka to jeden rok pozbawienia wolności, gwiazdka – trzy lata, zaś same kontury znaczą ilość lat, jakie zostały do odbycia kary. Do tej pierwszej grupy mogę zaliczyć również takie tatuaże jak:
  • Przedłużki -człowiek grypsujący;
  • Mgiełki – osoba godna zaufania;
  • Świr- (kropka między oczami) człowiek niezrównoważony;
  • Rozgwiazda- recydywa;
  • Korona- człowiek cieszący się uznaniem wśród grypsujących;
  • Kobra-(cwaniacy) nieformalna grupa negatywnie nastawiona do grypserów.
Według S. Przybylińskiego wyróżnia się takie wzory jak oznakowanie zakładów penitencjarnych, w których osadzony spędził wyrok, między innymi:
  • róża w podkowie lub gołąb – Białołęka;
  • góra na tle wschodzącego słońca – Koronowo;
  • żółw – Nysa;
  • połowa zakratowanego okna, przylegająca połowa orła – Kraków;
  • palma – Iława;
  • ryby – Łódź;
  • głowa orła – Szczecin;
  • dwa skrzyżowane miecze – Strzelce Opolskie;
  • usta lub orzeł w locie – Wronki;
  • motyl – Warszawa Mokotów;
  • orzeł nad górami – Wrocław;
  • gałązka wiśni – Sztum. 2
W drugiej kategorii, zostały wyróżnione tatuaże przestępcze. Tego typu wzory są identyfikowane głównie z działalnością złodziejską, lub inna specjalnością- którą określa przypisany wzór do posiadacza tatuażu. Tatuaże te mogą być wykonywane również poza zakładem penitencjarnym, i często to osoby niekarane znaczą się tego typu wzorami. Poniżej wymienię kilka wzorów.
  • Kropka (na krtani)- alkoholik/ osoba współpracująca za alkohol;
  • Kropka (na dłoni, między kciukiem a palcem wskazującym) – fach złodziejski;
  • Kotwica- złodziej, który kradnie torebki, teczki na mieście;
  • Kropka (ale tylko na kolanie)- Nigdy nie klęknę przed policją;
  • Kotek (na kostce) – cichy złodziej;
  • Kropka z księżycem - złodziej nocny;
  • Kropka, siatka, pajęczyna i karty - złodziej w potrzasku lub złodziej w sytuacji uwięzienia;

Dystynkcja wojskowa

Ostatnia z kategorii to tatuaże określające. W placówkach penitencjarnych tego typu tatuaże są najbardziej spotykane wśród osadzonych. Te wzory określają na przykład cechy charakteru (lojalność wobec innych osadzonych, twardziele- silni psychicznie i fizycznie), idee wyznawane, religie, upodobania, emocje, historię kryminalną itp. Kilka wzorów, które można wyróżnić to:
  • Zamknięte usta – osoba godna zaufania;
  • Potwory, czaszki, diabły – twardziele, okazywanie męskości;
  • Pistolety, noże, siekiery – przestępcze życie;
  • Rogi bo obu stronach głowy – zły charakter;
  • Oczy z tyłu głowy – osoba wszystkowidząca, niedająca się zaskoczyć;
  • Kobiety – orientacja heteroseksualna.
"Cichy złodziej"


To tylko niewiele, z oznaczeń jakie panują w Zakładach karnych oraz Aresztach Śledczych. Znając większość znaczeń można łatwo spotkać osobę, na ulicy, która odsiadywała wyrok. Przyjrzycie się czasem ludziom, których mijacie. :)

"Złodziej"
Bibliografia:
    Przybyliński S., Dziara, cynkówka kolka- zjawisko tatuażu więziennego, wyd. Impuls, Kraków 2007;
    J. Piwowarski, B. Płonka, Etyka w administracji i zarządzaniu publicznym. Motywacje, realizacja, bezpieczeństwo, wyd. WSBPI Kraków 2012;
    Snopek M., Tatuaż- element współczesnej kultury, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2009;
    Jelski A., Tatuaż, wyd. Kontrowers, Warszawa 1993;
  

niedziela, 16 lipca 2017

Po drugiej stronie muru - grypsera #2

 W poprzedniej części artykułu można było zapoznać się z systemem komunikacji osadzonych w zakładach karnych oraz aresztach śledczych, a także wyjaśniłam zjawisko grypserów -nieformalnej grupy w izolacji więziennej. Skoro już wiemy jakie metody komunikacji werbalnej oraz niewerbalnej używają osadzeni, czas poruszyć temat gwary więziennej czyli tzw. Grypsery.
Z encyklopedii PWN można przeczytać, iż Grypsera (z niem.–Grips– pot. rozum) –język środowiskowy środowisk przestępczych na gruncie języka polskiego, szczególny przypadek argotu. Powstała najprawdopodobniej w XIX wieku na terenie zaboru rosyjskiego, jako miejsce jej powstania podawany jest Zakład Karny na „Gęsiówce” w Warszawie. Początkowo pełniła funkcję główni języka tajnego, gwary środowiskowe przestępców odsiadujących długoletnie wyroki. Od końca XIX wieku używana także na wolności. Jest to język używany przez osadzonych do przekazywania informacji poprzednio wymienionymi metodami.
Jak pisze M. Szaszkiewicz można wymienić trzy funkcje gwary więziennej:
-Szkoleniową;
-Różnicująco - integracyjną;
-Konspiracyjną.




Osadzony. Źródło: http://cdn.natemat.pl/664762e85d5adcfbd1765a327a950b6e,640,0,0,0.jpg


1. Szkoleniowa: Język grypserski wpływa na osobowość jego użytkowników, przyczynia się bowiem do tworzenia podkulturowego, grypserskiego sposobu formułowania myśli i wypowiedzi, do przyjmowania określeń gwarowych za własne, do tworzenia poglądów i postaw zgodnych z ideologią podkultury więziennej. Niedoświadczony, nowy więzień więzień nazywany jest w grypsie amerykanem, noworodkiem albo cycem. Poznając członków grupy grypsujących i ucząc się grypsu uczy się on zarówno języka przestępczego, jak i roboty. Na początku poznaje on różne rodzaje przestępstw, np: robić na farmazon – dokonywać oszustw; walić, rąbać, golić – kraść. Stopniowo poszerza zakres wiedzy o specjalnościach wchodzących w zakres tych rodzajów, np. : włamy – kradzieże z włamaniami, następnie odmiany włamów: repecić pudło, pruć zamek; na pasówkę – za pomocą dopasowanego klucza; na szprink – błyskawicznie, np. w czasie, gdy domownicy są w mieszkaniu, ale chwilowo opuścili jedno pomieszczenie; na szlam – w nocy, podczas snu domowników; na siemano – przed południem, gdy mieszkańcy domu są w pracy. Treści i zakres szkoleniowy jest uzależniony od grupy składu grupy w celi, w której przebywa nowy więzień. W zakres tej edukacji wchodzi również poznanie niepowodzeń i ich konsekwencji. Kto ma fart – szczęście, ten się nie obali – nie powinie mu się noga i nie zostanie skręcony – schwytany. Kto ma niefart – pecha, tego menty, gady, psy – policjanci zwiną – ujmą i w biżuterii albo bransoletkach czy amerykankach – są to synonimy kajdanek – zholują – przewiozą na mentownię, psiarnię – posterunek policji. Tego typu nauka ma dwie cechy: pierwsza z nich to poznawcza, gdyż osadzony uczy się nowej, konkretnej wiedzy i języka, a także emocjonalną, ponieważ wiąże się to z awanturniczym, pełnym przygód życiem, podczas gdy wizja spokojnego, ustabilizowanego i uczciwego życia dociera do niego słabo, jest niejasna i wydaje się nieciekawa. W więziennej celi ta wizja nader często przegrywa w konfrontancji z nieustanną „pracą alternatywną” prowadzoną przez współwięźniów, nieraz przez całą niemal dobę. ( M. Szaszkiewicz, 1997) W myśl zasad grypserki, amerykan ma przejść szkołę charakteru. Dlatego też w początkowym okresie zanim zostanie pełnoprawnym członkiem organizacji grypserskiej, tzw. gitczłowiekiem albo po prostu człowiekiem, bywa traktowany przez grypsujących szorstko i brutalnie. Kandydat na git-człowieka poznaje nazewnictwo grypserskie dotyczące najbliższego otoczenia w celi: parkiet – podłoga, blat – stół, betoniarnia – głośnik, szkiełko – telewizor, bardacha – ubikacja, lipo – wizjer w drzwiach celi, platery – naczynia stołowe, kosa, golicha, mojka – ostre przedmioty, których posiadanie w celi jest wprawdzie zabronione, ale które są w powszechnym użyciu wśród zwolenników podkultury. Amerykan uczy się działkowania – dzielenia się z innymi ludźmi. Częstuje więc szlugami – papierosami i po przypaleniu żarkami – zapałkami „ludzie” jarają – palą papierosy wspólnie. Nie szamać! Zwrot ten należy do najważniejszych w grypserskim słowniku. Oznacza on bowiem jedną z podstawowych norm, obowiązującą każdego członka organizacji. Zwrotu tego musi użyć człowiek za każdym razem, ilekroć korzysta z bardachy (ubikacji). Sankcją za nieprzestrzeganie tej normy jest przecwelenie – zdegradowanie, zepchnięcie do dna w hierarchii socjalnej. Słownik grypserski posiada wiele określeń, jest bardzo bogaty i jest również stałym, nieodłącznym elementem podkultury więziennej.

W celi.Źródło: http://i.iplsc.com/wiezienna-cela-fot-jacek-herok-newsweek-polska/00022V5WUQ4DKOSW-C122-F4.jpg

2.Różnicująco-integracyjna funkcja grypsu – Reprezentanci opisywanej podkultury więziennej mają silną potrzebę wyższości oraz wysoko rozwiniętą postawę przewodzenia innymi czasem w sposób bardzo brutalny. Najsilniejszym czynnikiem identyfikacji grupowej jest gwara więzienna. Kto bowiem używa grypsu, grypsuje, nawija grypserką (synonimy gwary więziennej), ten należy do grypserskiej organizacji, do grupy ludzi, do gitowców. Posługiwanie się wspólnym językiem, trudno zrozumiałym dla osób postronnych, jest z jednej strony silnym czynnikiem integrującym członków grupy pomiędzy sobą, a z drugiej – czynnikiem tworzącym i utrzymującym odrębność grupy grypserskiej od innych grup, nie używających tego języka. Z tych powodów członkowie grupy mają silną potrzebę stosowania metod rozróżniania, kto jest kim w sensie przynależności grupowej, a także w sensie zajmowanej pozycji w hierarchii grypserskiej. Nowy więzień, który znalazł się w celi zdominowanej przez grypsujących, może znaleźć się w opałach także wtedy, gdy nie zna właściwego zwrotu na przywitanie. Tu bowiem – po rozeznaniu wstępnym za pomocą zwrotu jak jest u was? – grupa oczekuje od niego grypserskiego powitania: sie macie ludzie. Bez tego nikt z grupy nie poda mu ręki, może natomiast zostać pobity, szczególnie w przypadku rozpoznania go jako festa. Jeśli jednak przybysz poda zwrot powitalny prawidłowo, czeka go sprawdzian językowy. Członkowie grupy stosują go wobec nieznanego sobie uczestnika, aby poznać go bliżej i ustalić jego miejsce w hierarchii socjalnej. Ustalenie takie jest dla nich ważne m. in. dlatego, że w podkulturze grypserskiej organizacja działa na zasadzie podporządkowania i dominacji. Oznacza to, że niżsi rangą członkowie mają obowiązek wypełniać polecenia ludzi z wyższych szczebli hierarchii. (M. Szaszkiewiecz, 1997) W podkulturze grypserskiej istnieje zasada jawności. W imię tej zasady członkowie grupy czytają głośno swoje listy. W odniesieniu do komunikacji wewnętrznej jest ona realizowana przez normę głoszącą, że w grupie nie wolno posługiwać się niezrozumiałym językiem. Gwarancja braku tajemnic ludzi wobec ludzi służyć ma integracji wewnątrzgrupowej. Podobnie jak szereg innych grypserskich zasad, zasada ta jednak często jest łamana przez uczestników podkultury. Nie zmienia to faktu, że gwara więzienna spełnia w podkulturze grypserskiej rolę integracyjno-różnicującą.

3. Konspiracyjna funkcja grypsu – Można spotkać się z poglądem, iż zarówno gwara przestępcza jak i więzienna jest wytworem kultury środowisk przestępczych, jest ich potocznym językiem, stosowanym w komunikacji na co dzień, a więc nie tylko w sytuacjach grożących dekonspiracją. J. Morawski stwierdza: Wprawdzie sami przestępcy często twierdzą, że używają gwary ze względu na jej tajność, ale praktyka i badania tego nie potwierdzają. Wprost przeciwnie, jak wynika z badań, przestępcy używają gwary wobec obcych niechętnie, gdyż to właśnie ich dekonspiruje, nie gwarantując przy tym całkowitej tajności (Morawski 1969). Po pierwsze bowiem, założenie tajności gwary wobec osób postronnych nie wyklucza posługiwania się nią w sytuacjach bezpiecznych. Ponadto wydaje się, że biegłość w posługiwaniu się jakimkolwiek językiem wymaga stałego ćwiczenia i nie można oczekiwać, aby ktoś mówił płynnie językiem, którego używałby jedynie w szczególnych okolicznościach. Po drugie, nie można wykluczyć istnienia rozbieżności pomiędzy nakazem normy grypserskiej, zobowiązującej członków grupy do zachowania tajności języka, a rzeczywistą możliwością utrzymania pełnej konspiracji. Jest wiele innych norm grypserskich, których ludzie nie potrafią dochować w praktyce.



Pokrótce wyjaśniłam najważniejsze funkcje grypserki. Nie chciałam się wywodzić i spisywać tutaj całego słownika. Można śmiało wywnioskować, iż podstawą by stać się git- człowiekiem, jest znajomość norm i zasad, ale przede wszystkim języka, w którym komunikują się osadzeni.